Ogłuszająca
cisza. To jedyne, co w obecnej chwili
wypełnia moją głowę.
Podnoszę dłoń by dotknąć
twarzy, ale na próżno-nie mam
siły, więc znów opadam bezwładnie na poduszki,
jęcząc cicho gdy ból w okolicy lewego barku staje się
przeszywający i nie pozwala wziąć głębokiego oddechu.
Powoli
podnoszę ciężkie powieki starając się
zorientować, gdzie jestem. To
szpital.
Ściany
utrzymane są w bieli, a nad drzwiami
naprzeciwko mojego łóżka wisi kopia
obrazu Słoneczników Van
Gogha.
Skąd
to wiem? - myślę, mrugając kilka razy i
rozglądając się nerwowo. Po mojej prawej stronie stoi
obszerna szafka nocna, na której starannie
ułożono kilka bukietów
białych róż.
Dobiega mnie też dzwięk
Your Love is King* sączący
się cicho, gdzieś
niedaleko. Wiszący
na ścianie
zegar pokazuje dziewiąta
i jest chyba rano, bo delikatne promienie słońca
prześlizgują
się przez
zielonkawe zasłony.
Zerkam nieprzytomnie na umiejscowiony w mojej dłoni
wenflon, starając
się skupić
na tym, co
tutaj robię.
-Cześć...-wysoki mężczyzna
stojący w progu uśmiecha
się do mnie, ale stoi jakby niepewny. Ma
na sobie błękitną koszulę
i szare jeansy a w reku trzyma kubek parującej
kawy i zwiniętą niedbale
gazetę . Włosy
ma w lekkim nieładzie i wygląda na
zmęczonego .
-Cześć...-odpowiadam niepewnie, lustrując
go wzrokiem, a on zbliża się
do mnie z nieśmiałym usmiechem. Jest
przystojny i odruchowo lekko się spinam.
Przez chwilę oboje nic nie mówimy,
a ja wpatruję się w
jego zaczerwienione, brązowe oczy.
-Tak się cieszę, że
wróciłaś...-szepcze, ściskając
moją dłoń. -Bałem
się..-mówi, a ja delikatnie odwzajemniam uścisk,
kiedy splata palce z moimi. -Jak się
czujesz?
Przez chwilę nie jestem w stanie mu
odpowiedzieć, bo chociaż
mam wrażenie, że nie wiem, kim jest, to wydaje się
znajomy, a ja szukam jakiegoś powiązania
z jego pobytem tutaj. Z moim pobytem tutaj. Co ja tu robię?
Postanawiam sie czegoś dowiedzieć.
-Kim jesteś?.
-dukam nieśmiało, obserwując
jego reakcję. Spina się
na dzwięk wypowiedzianych przeze mnie słów,
a jego oczy rozszerzaja sie niebezpiecznie. To chyba go zraniło.
Robi mi sie żal tego czlowieka, ale
delikatnie cofam swoją obolałą
dłoń. -Chciałabym
wiedzieć, co się
stalo i...-urywami rzucam młodemu
mężczyznie przestraszone spojrzenie, a on
zdaje się od razu rozumieć.
-Nie pamiętasz, prawda? - szepcze,
spuszczając głowę i
przeczesując nerwowo swoje ciemne
włosy. Chciałabym
coś powiedzieć. Czy
rzeczywiscie tak jest? Widzę, jak ujmuje
moją prawą dłoń
i muska kciukiem złotą obrączkę
a później umiejscowiony pod nią diamentowy pierścionek. Przenoszę
wzrok w miejsce jego dotyku i chyba już
wiem, czego mogę się spodziewać...
Wydaje mi się,
że ta chwila trwa całą
wieczność, bo oboje nie odzywamy się
do siebie ani słowem. Nie odpowiada,
ściskając tylko mocniej moją
dłoń po czym wstaje i mierzy mnie smutnym
spojrzeniem szklanych, zaczerwienionych oczu. Chwilę
później wychodzi z sali ze spuszczoną
głową zamykając cicho drzwi, a ja
przyglądam się
pierścionkowi. Chyba już wszystko rozumiem, ale ciężko mi
przewidzieć, co nastąpi. Zaczynam żałować, że właśnie się obudziłam, bo czuję, że wydarzenia które na mnie czekają
postawią mnie przed czymś ...bardzo trudnym do przejścia. Mnie i
bruneta z końca sali. Nie chciałam go zranić, ale czuję, że to
już się stało i stoi wyrokiem na mnie i moim pięknym, złotym
pierścionku...najprawdopodobniej, tak jak sobie
to kiedyś postanowiłam, od mężczyzny mojego życia.
Wzdycham i próbuję, tak bardzo próbuję sobie cokolwiek
przypomnieć, ale jedyne co widzę, to szpitalna sala, obraz
Van Gogha i ta sterta białych róż.
-Co ty tutaj, kurwa mać, robisz?! - krzyknął
swoim donośnym głosem wysoki blondyn, łapiąc Jimmy'ego
za kołnierz starannie wyprasowanej, błękitnej koszuli.
Przyciągając go do siebie sprawił, że stał teraz twarzą w twarz
ze swoim znienawidzonym rywalem.
-To samo co ty, dupku. -odparł z udawanym spokojem, wyrywając się
z uścisku silnych dłoni Alana. Nagle oboje usłyszeli wymowne
westchnięcie, na co odwrócili się w stronę stojącego w
poczekalni automatu z napojami. Ich oczom ukazała się drobna
sylwetka starszej pielęgniarki, która na widok mężczyzn pokiwała
lekceważąco głową, posyłając obojgu mrożące spojrzenie spod
czarnych oprawek grubych okularów.
-Panowie, proszę o spokój. Natychmiast. -wyrecytowała, kładąc
szczególny nacisk na ostatnie słowo. Przeczesała dłonią swoje
starannie ułożone, siwe włosy i podeszła do Alana, stając przed
nim pewnie.
-Elizabeth Johnson. - przedstawiła się, ochoczo podając mu swoją
małą dłoń. -Pan Alan Evans?
-Tak, to ja. - odparł, odwzajemniając
gest, jednak tonem pozbawionym emocji.
-Cieszę się, że pana znalazłam. Proszę o podpisanie tych
dokumentów.-zaczęła, wskazując na trzymaną w lewej dłoni
teczkę. - Pani Emma Evans...
-To moja żona. Czy wszystko jest w porządku? -przerwał,
wyjmując z kieszeni marynarki niebieski długopis.
-Nie do końca, pańska żona jest w dość ciężkim stanie, ale...
-Ona nic nie pamięta. Czy to się zmieni?
Dlaczego tak jest? -wtrącił
nerwowo Jimmy, kładąc sobie dłoń na karku. Alan zaszczycił go
tylko spojrzeniem spode łba po czym wstał i rozejrzał się
nerwowo.
-Dlaczego nic mi o tym nie wiadomo?! -krzyknął,
-Skąd wiesz, że nic nie pamięta? Dlaczego personel wpuszcza obcych
na sale? Tak dbacie o swoich pacjentów? -zwrócił
się nagle do zniesmaczonej ich zachowaniem Elizabeth, która
westchnęła tylko ponownie, oblizując wąskie, pociągnięte
czerwoną szminką wargi.
-Panie Evans, na pewno to sprawdzimy. Ten pan
jednak spędził całą noc czuwając na korytarzu a lekarz
nadzorujący stwierdził, że przedstawił się jako członek
rodziny. -odpowiedziała. -Przede wszystkim proszę się uspokoić.
Pańska żona jest jeszcze w szoku i jej pamięć powinna niedługo
wrócić do normy. Teraz proszę dać jej odpoczywać a co do
pana-powiedziała, kierując się w stronę dopijającego resztki
zimnej kawy Jimmy'ego – Pan
pozwoli ze mną.
-Elizabeth...-już odrobinę spokojniej, ale wciąż
z resztkami wściekłości w głosie zwrócił się do niej Alan
-Dziękuję za informację. -zakończył, oddając teczkę z
podpisanymi arkuszami papieru.
Było około dziesiątej rano i czuł, jak ogarnia
go zmęczenie spowodowane brakiem snu. Bał się o Emmę bo dopiero
teraz zrozumiał, że kocha ją ponad wszystko i nie wyobraża sobie
życia bez śmiechu tej jak twierdził, upartej kobiety. Nigdy nie
czuł strachu o nikogo tak bardzo, jak w tej chwili a do tego
ogarniała go wściekłość i bezradność spowodowane Jimmy'm.
-Skurwysyn.
Pierdolony skurywysyn. -szepnął, wyjmując
z kieszeni wibrującą komórkę. Nie
miał zamiaru teraz odbierać, więc zignorował połączenie. Nagle
stanął przed nim znienawidzony brunet, opierając się nonszalancko
o ścianę.
-Nie odpuścisz? -zapytał
łagodnym tonem, spoglądając na Alana.
-Spierdalaj. Lepiej zejdz mi z oczu ty
popierdolony kutasie. -usłyszał w odpowiedzi, na co uśmiechnął
się drwiąco.
-Przecież to za Ciebie wyszła, czego ode mnie
chcesz? Zawsze będzie
mi na niej zależało i nic nie zmieni tego, co czuję to twojej
żony. Wiesz, że byliśmy sobie bliscy. Nie zmienisz tego, to po co
z tym walczysz? -nie
wytrzymał. W jednej chwili rzucił się na Jimmy'ego,
przyciskając go swoim ciałem do szarego
szpitalnego gumoleum, a jego pięści znalazły się na twarzy
zdezorientowanego bruneta, który szybko oddał cios, celując prosto
w policzek Alana. Ten jednak szybko odpłacił się tym samym i
przytrzymując mocno brodę przeciwnika, wbił kolano w jego krocze.
-Albo się, kurwa, odpierdolisz w końcu po
dobroci, albo będziesz miał tak przejebane, że się już nie
pozbierasz. Wiesz, że ze mną się nie zadziera. Kto od teraz rządzi
Twoim biznesem? -zaśmiał
się nerwowo, wyjmując z kieszeni iPhone'a
i wskazał na ostatnie nieodebrane połączenie. Nie wygrasz.
-skwitował, po czym splunął i otarł spływającą z nosa krew.
*Your Love is King - Sade
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz