środa, 27 maja 2015

[001] Dzień po tej nocy cz.I


Ogłuszająca cisza. To jedyne, co w obecnej chwili wypełnia moją głowę. Podnoszę dłoń by dotknąć twarzy, ale na próżno-nie mam siły, więc znów opadam bezwładnie na poduszki, jęcząc cicho gdy ból w okolicy lewego barku staje się przeszywający i nie pozwala wziąć głębokiego oddechu.
Powoli podnoszę ciężkie powieki starając się zorientować, gdzie jestem. To szpital.
Ściany utrzymane są w bieli, a nad drzwiami naprzeciwko mojego łóżka wisi kopia obrazu Słoneczników Van Gogha.
Skąd to wiem? - myślę, mrugając kilka razy i rozglądając się nerwowo. Po mojej prawej stronie stoi obszerna szafka nocna, na której starannie ułożono kilka bukietów białych róż. Dobiega mnie też dzwięk Your Love is King* sączący się cicho, gdzieś niedaleko. Wiszący na ścianie zegar pokazuje dziewiąta i jest chyba rano, bo delikatne promienie słońca prześlizgują się przez zielonkawe zasłony. Zerkam nieprzytomnie na umiejscowiony w mojej dłoni wenflon, starając się skupić na tym, co tutaj robię.

-Cześć...-wysoki mężczyzna stojący w progu uśmiecha się do mnie, ale stoi jakby niepewny. Ma na sobie błękitną koszulę i szare jeansy a w reku trzyma kubek parującej kawy i zwiniętą niedbale gazetę . Włosy ma w lekkim nieładzie i wygląda na zmęczonego .
-Cześć...-odpowiadam niepewnie, lustrując go wzrokiem, a on zbliża się do mnie z nieśmiałym usmiechem. Jest przystojny i odruchowo lekko się spinam. Przez chwilę oboje nic nie mówimy, a ja wpatruję się w jego zaczerwienione, brązowe oczy.
-Tak się cieszę, że wróciłaś...-szepcze, ściskając moją dłoń. -Bałem się..-mówi, a ja delikatnie odwzajemniam uścisk, kiedy splata palce z moimi. -Jak się czujesz?
Przez chwilę nie jestem w stanie mu odpowiedzieć, bo chociaż mam wrażenie, że nie wiem, kim jest, to wydaje się znajomy, a ja szukam jakiegoś powiązania z jego pobytem tutaj. Z moim pobytem tutaj. Co ja tu robię? Postanawiam sie czegoś dowiedzieć.
-Kim jesteś?. -dukam nieśmiało, obserwując jego reakcję. Spina się na dzwięk wypowiedzianych przeze mnie słów, a jego oczy rozszerzaja sie niebezpiecznie. To chyba go zraniło. Robi mi sie żal tego czlowieka, ale delikatnie cofam swoją obolałą dłoń. -Chciałabym wiedzieć, co się stalo i...-urywami rzucam młodemu mężczyznie przestraszone spojrzenie, a on zdaje się od razu rozumieć.
-Nie pamiętasz, prawda? - szepcze, spuszczając głowę i przeczesując nerwowo swoje ciemne włosy. Chciałabym coś powiedzieć. Czy rzeczywiscie tak jest? Widzę, jak ujmuje moją prawą dłoń i muska kciukiem złotą obrączkę a później umiejscowiony pod nią diamentowy pierścionek. Przenoszę wzrok w miejsce jego dotyku i chyba już wiem, czego mogę się spodziewać...
Wydaje mi się, że ta chwila trwa całą wieczność, bo oboje nie odzywamy się do siebie ani słowem. Nie odpowiada, ściskając tylko mocniej moją dłoń po czym wstaje i mierzy mnie smutnym spojrzeniem szklanych, zaczerwienionych oczu. Chwilę później wychodzi z sali ze spuszczoną głową zamykając cicho drzwi, a ja przyglądam się pierścionkowi. Chyba już wszystko rozumiem, ale ciężko mi przewidzieć, co nastąpi. Zaczynam żałować, że właśnie się obudziłam, bo czuję, że wydarzenia które na mnie czekają postawią mnie przed czymś ...bardzo trudnym do przejścia. Mnie i bruneta z końca sali. Nie chciałam go zranić, ale czuję, że to już się stało i stoi wyrokiem na mnie i moim pięknym, złotym pierścionku...najprawdopodobniej, tak jak sobie to kiedyś postanowiłam, od mężczyzny mojego życia.

Wzdycham i próbuję, tak bardzo próbuję sobie cokolwiek przypomnieć, ale jedyne co widzę, to szpitalna sala, obraz Van Gogha i ta sterta białych róż.

-Co ty tutaj, kurwa mać, robisz?! - krzyknął swoim donośnym głosem wysoki blondyn, łapiąc Jimmy'ego za kołnierz starannie wyprasowanej, błękitnej koszuli. Przyciągając go do siebie sprawił, że stał teraz twarzą w twarz ze swoim znienawidzonym rywalem.
-To samo co ty, dupku. -odparł z udawanym spokojem, wyrywając się z uścisku silnych dłoni Alana. Nagle oboje usłyszeli wymowne westchnięcie, na co odwrócili się w stronę stojącego w poczekalni automatu z napojami. Ich oczom ukazała się drobna sylwetka starszej pielęgniarki, która na widok mężczyzn pokiwała lekceważąco głową, posyłając obojgu mrożące spojrzenie spod czarnych oprawek grubych okularów.
-Panowie, proszę o spokój. Natychmiast. -wyrecytowała, kładąc szczególny nacisk na ostatnie słowo. Przeczesała dłonią swoje starannie ułożone, siwe włosy i podeszła do Alana, stając przed nim pewnie.
-Elizabeth Johnson. - przedstawiła się, ochoczo podając mu swoją małą dłoń. -Pan Alan Evans?
-Tak, to ja. - odparł, odwzajemniając gest, jednak tonem pozbawionym emocji.
-Cieszę się, że pana znalazłam. Proszę o podpisanie tych dokumentów.-zaczęła, wskazując na trzymaną w lewej dłoni teczkę. - Pani Emma Evans...
-To moja żona. Czy wszystko jest w porządku? -przerwał, wyjmując z kieszeni marynarki niebieski długopis.
-Nie do końca, pańska żona jest w dość ciężkim stanie, ale...
-Ona nic nie pamięta. Czy to się zmieni? Dlaczego tak jest? -wtrącił nerwowo Jimmy, kładąc sobie dłoń na karku. Alan zaszczycił go tylko spojrzeniem spode łba po czym wstał i rozejrzał się nerwowo.
-Dlaczego nic mi o tym nie wiadomo?! -krzyknął, -Skąd wiesz, że nic nie pamięta? Dlaczego personel wpuszcza obcych na sale? Tak dbacie o swoich pacjentów? -zwrócił się nagle do zniesmaczonej ich zachowaniem Elizabeth, która westchnęła tylko ponownie, oblizując wąskie, pociągnięte czerwoną szminką wargi.
-Panie Evans, na pewno to sprawdzimy. Ten pan jednak spędził całą noc czuwając na korytarzu a lekarz nadzorujący stwierdził, że przedstawił się jako członek rodziny. -odpowiedziała. -Przede wszystkim proszę się uspokoić. Pańska żona jest jeszcze w szoku i jej pamięć powinna niedługo wrócić do normy. Teraz proszę dać jej odpoczywać a co do pana-powiedziała, kierując się w stronę dopijającego resztki zimnej kawy Jimmy'ego – Pan pozwoli ze mną.
-Elizabeth...-już odrobinę spokojniej, ale wciąż z resztkami wściekłości w głosie zwrócił się do niej Alan -Dziękuję za informację. -zakończył, oddając teczkę z podpisanymi arkuszami papieru.

Było około dziesiątej rano i czuł, jak ogarnia go zmęczenie spowodowane brakiem snu. Bał się o Emmę bo dopiero teraz zrozumiał, że kocha ją ponad wszystko i nie wyobraża sobie życia bez śmiechu tej jak twierdził, upartej kobiety. Nigdy nie czuł strachu o nikogo tak bardzo, jak w tej chwili a do tego ogarniała go wściekłość i bezradność spowodowane Jimmy'm. -Skurwysyn. Pierdolony skurywysyn. -szepnął, wyjmując z kieszeni wibrującą komórkę. Nie miał zamiaru teraz odbierać, więc zignorował połączenie. Nagle stanął przed nim znienawidzony brunet, opierając się nonszalancko o ścianę.
-Nie odpuścisz? -zapytał łagodnym tonem, spoglądając na Alana.
-Spierdalaj. Lepiej zejdz mi z oczu ty popierdolony kutasie. -usłyszał w odpowiedzi, na co uśmiechnął się drwiąco.
-Przecież to za Ciebie wyszła, czego ode mnie chcesz? Zawsze będzie mi na niej zależało i nic nie zmieni tego, co czuję to twojej żony. Wiesz, że byliśmy sobie bliscy. Nie zmienisz tego, to po co z tym walczysz? -nie wytrzymał. W jednej chwili rzucił się na Jimmy'ego, przyciskając go swoim ciałem do szarego szpitalnego gumoleum, a jego pięści znalazły się na twarzy zdezorientowanego bruneta, który szybko oddał cios, celując prosto w policzek Alana. Ten jednak szybko odpłacił się tym samym i przytrzymując mocno brodę przeciwnika, wbił kolano w jego krocze.
-Albo się, kurwa, odpierdolisz w końcu po dobroci, albo będziesz miał tak przejebane, że się już nie pozbierasz. Wiesz, że ze mną się nie zadziera. Kto od teraz rządzi Twoim biznesem? -zaśmiał się nerwowo, wyjmując z kieszeni iPhone'a i wskazał na ostatnie nieodebrane połączenie. Nie wygrasz. -skwitował, po czym splunął i otarł spływającą z nosa krew.


*Your Love is King - Sade

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz