poniedziałek, 1 czerwca 2015

[002] Dzień po tej nocy cz. II

Kiedy się obudził, stała nad nim jedna z tych pielęgniarek, które zdają się zawsze witać pacjentów swoim pełnym zniesmaczenia spojrzeniem rzucanym spod niedbale tuszowanych rzęs.
Uniosła swoją lewą brew, od niechcenia poprawiła poduszkę pod głową pół przytomnego Alana i podeszła do okna, odsłaniając widok na kolejny, budzący się w poranek.

Od wypadku Emmy minął okrągły tydzień a teraz jej mąż znajdował się w tym samym położeniu, co ona kilka dni temu.
Ktoś postanowił postawić ich w tej sytuacji nieprzypadkowo, bowiem za całą tą sprawą stała jedna, konkretna osoba. Ktoś postanowił się zemścić i to w każdym najmniejszym nawet, szczególe.

Przychodzi czas, kiedy każdy żąda tego, co mu się należy. Prędzej czy później staje przed faktem, że cele i zdobycze, które miały być jego, nie mogą zostać odpuszczone.


Zaciągając się papierosem mocniej niż kiedykolwiek, obserwował tęsknym wzrokiem zachodzące, Nowojorskie słońce i rozmyślał nad tym, jak bardzo chciałby nie popełnić błędów które sprawiły i sprawiają, że tak właśnie spędza swój każdy wieczór.
Jimmy sięgnął do kieszeni swoich luźnych, szarych dresów i ujął trzymaną w nich fotografię-kawałek papieru przedstawiający uśmiechającą się, nieprzeciętnej urody kobietę i obejmującego ją młodego, ciemnowłosego mężczyznę.
Londyn, cztery lata temu.
Kobieta jego życia, wakacje, które spędzali razem co roku i ich radosne twarze wpatrzone prosto w obiektyw aparatu trzymanego przez początkującego wówczas, spotkanego przypadkiem fotografa – Alana Evansa.
Chociaż żadne z nich się tego nie spodziewało, tamta chwila zmieniła prawie wszystko, bo od momentu wciśnięcia spustu migawki zarówno Emma jak i Alan nie mogli oderwać od siebie ani wzroku, ani myśli.

Zaczęło się niewinnie, bo najpierw blondyn zauważył jej uroczą tendencję do delikatnego przygryzania dolnej wargi i wkładania włosów za ucho, a później też to, że ich wspólne tematy nie miały końca-a zaczęło się od filiżanki małej czarnej w kawiarni na rogu londyńskiej Shaftesbury Avenue*.

Podczas gdy czekający w hotelu Jimmy po raz dziesiąty wykręcał numer ukochanej przyjaciółki, ona czerwieniła się na każdy z rzucanych przez Alana komplementów na temat jej nienagannego wyglądu. Figury. Włosów, uśmiechu, sukienki. Każdego najmniejszego szczegółu który tylko on zauważał a o którym ona nie miała nawet pojęcia lub po prostu, spuszczając wzrok na porcelanowy spodek cicho liczyła, że to w jaki sposób ją docenia, nie skończy się tym spotkaniem i wymianą kilku rozpalonych spojrzeń.

-Masz ochotę na space­r? - zapytała ośmielona uwagami niedawno poznanego mężczyzny. - Mógłbyś mnie odprowadzić, mieszkam niedaleko...
-Z miłą chęcią. Zresztą...-Alan uśmiechnął się uwodzicielsko i był to uśmiech tego rodzaju, którego oczarowane kobiety pragną najbardziej. -Zapowiada się bardzo miły wieczór. -powiedział, ubierając marynarkę. Ależ on był przystojny. Tak cholernie przystojny i w każdym, najmniejszym szczególe. Spojrzenie błękitnych tęczówek, delikatnie wygięte w uśmiechu wargi, których dotyk wyobrażała sobie w miejscach, które na jego widok pulsowały delikatnie, jego męski zapach, wyrzeźbione ramiona, wydatne pośladki i nawet sposób w jaki ubierał marynarkę. Wszystko to pociągało Emmę Richardson. Wszystko, co składało się na osobę stojącego właśnie przed nią Alana Evansa, który trzymał jej płaszcz w swoich idealnych dłoniach.
Resztę wieczoru spędzili na spacerowaniu ulicami Londynu, a później, po kilku kieliszkach czerwonego wina w idealnie urządzonym mieszkaniu Alana, kochając się namiętnie na kuchennym blacie.
Od tamtego-i kilku pozostałych wieczorów, byli ze sobą tak szczęśliwi, że zdawało im się, iż na świecie nie ma innych, bardziej szczęśliwych ludzi. Jak wszyscy zakochani w sobie, nie odpuszczali ani na moment.
Pisząc do siebie SMSy i e-maile, wypełniając telefonami każdą przerwę na lunch i zapewniając o swoim niegasnącym uczuciu. Po każdej spędzonej wspólnie nocy budzili się wtuleni w siebie i witając pocałunkami pewnego dnia zrozumieli, że tego właśnie chcą do końca życia i niczego innego nawet nie chcą sobie wyobrażać.

Aż pewnego kwietniowego dnia, na palcu pięknej Emmy zagościł diamentowy pierścionek zaręczynowy-chwilę po wypowiedzeniu entuzjastycznego ''tak'' pobiegła po telefon i postanowiła podzielić się swoim szczęściem z przyjacielem.
Przyjacielem którego serce rozpadło się na kawałki w chwili, w której wyszła z ich hotelowego pokoju ze spakowaną walizką i oświadczyła, że zostaje w Londynie na stałe.

Bo nigdy nie zdawała sobie sprawy z uczuć jakie do niej żywił, nawet w chwili, kiedy pewnego zimowego wieczoru wsiadła w samolot bo tak bardzo pragnęła kojącej obecności i dobrej rady w chwili, kiedy sama nie wiedziała, co czuje.
Po setnej kłótni z Alanem, przekonana o tym, że pomyliła się co do niego, rzuciła swoim wymarzonym, zaręczynowym pierścionkiem i trzymając w dłoni bilet na najbliższy lot do Nowego Jorku trzasnęła drzwiami. To właśnie do Jimmy'ego uciekła, kiedy nie umiała sobie poradzić z plątaniną własnych uczuć i targających nią emocji.

Czekał na nią na lotnisku. Z kubkiem kawy i sercem na dłoni.
Nie odzywała się ani słowem, po prostu wtuliła się w jego ciepłe, otwarte jak zawsze ramiona i rozpłakała się na dobre.
Był tam wtedy dla niej i nic innego się nie liczyło, ale dla szczupłej, ciemnowłosej Emmy to nie znaczyło więcej niż tyle co fakt, że na swojego przyjaciela zawsze może liczyć.

-Herbaty? - zapytał, kciukiem ocierając spływającą po jej policzku łzę. Westchnęła i wyciągnęła dłoń w której po chwili zagościł kubek z parującą zawartością.
-Dziękuję. -odparła, pociągając nosem i pozwoliła, by okrył ją miękkim kocem.
-Więc o co chodzi? Przylatujesz zza oceanu bo pokłóciłaś się z narzeczonym? - zapytał, siadając obok. -Coś złego się dzieje? - poprawił delikatnie opadające na ramiona kobiety włosy.
-Nie wiem. Sama nie wiem co myśleć, Jimmy. Sądziłam, że tak. Nadal chcę tak sądzić, ale on jest taki zaborczy i wciąż zły...-odparła, biorąc łyk gorącego napoju.
-Co masz na myśli? Mówiłaś, że jesteś z nim szczęśliwa, zresztą tryskałaś szczęściem kiedy zadzwoniłaś chwilę po tym, jak zgodziłaś się zostać jego żoną...
-Nadal się cieszę ale potrzebuję chwili wytchnienia. Jimmy, Alan nie jest w stanie znieść faktu, że jesteś..a ja nigdy nie będę mogła się z Tobą w żaden sposób rozstać...-na te słowa przytulił Emmę mocno do siebie, zanurzając nos w jej pachnących włosach.
-A ja nie mogę znieść faktu, że jest on...-szepnął, odwracając wzrok. - Nie dziwię się, jeśli wkurwiam go tak jak on mnie. Kochasz go, Emma? - czuła, że odpowiedz na to pytanie jest dla niej jak wyrok. Oboje milczeli przez dłuższą chwilę, napawając się swoją obecnością.
-Kocham go, niedługo zostanę jego żoną...-szepnęła, czyniąc z tych słów pewnego rodzaju rachunek sumienia.
-Tak, w porządku... - Nie było w porządku, bo jego serce złamało się po raz kolejny, zostawiając blizny niemożliwe do zagojenia. -Więc mówisz, że spędzisz resztę życia z człowiekiem który sprawia, że siedzisz zapłakana na mojej kanapie?
Podniosła wzrok i poprawiła swoje długie, opadające na ramiona włosy. Wpatrując się w Jimmy'ego i jego przystojną twarz chciała coś powiedzieć.
Coś na swoją obronę, bo czuła się jak ganiona za swoje zachowanie mała dziewczynka.
-Co masz na myśli?...-wydukała.
-Całe życie stoję obok ciebie! - oburzył się, bo przegrał w bitwie z myślą, że stracił kobietę swojego życia. -Jestem za każdym razem, kiedy mnie potrzebujesz, znam twoje ulubione piosenki, wiem, jaką herbatę pijasz do śniadania i że najchętniej robisz to przy naleśnikach. Nie odrzuciłem połączenia, kiedy dzwoniłaś do mnie dziś rano mówiąc, że będziesz za kilka godzin tak, jak robiłaś to podczas gdy byłaś zajęta tym pierdolonym sukinsynem, rozumiesz?! - wykrzyczał, sprawiając że jej łzy spływały jeszcze szybciej i bardziej obficie niż kiedykolwiek.
Uderzył pięścią w stół i strącił kubek herbaty, którego zawartość wylała się na puchaty dywan. -Pierdolę to. Mam dosyć. Kocham Cię jak nikogo na świecie, ale ty nawet nie ….zresztą, nieważne. - zakończył, chwytając za kluczyki swojego Forda i trzasnął drzwiami, wychodząc z mieszkania.

Emma Richardson została sama, skonfrontowana z uczuciami, owładnięta bezradnością i bez bladego pojęcia, jak nie rozbić się przy upadku w przepaść pomiędzy dwoma mężczyznami, których kocha.
Towarzyszyło jej miarowe tykanie ściennego zegara, wyciszony telefon i pustka. Bolesna pustka ogarniająca jej rozdarte serce.
*Shaftesbury Avenue -  jedna z głównych ulic w centralnym Londynie (Wielka Brytania). Łączy Piccadilly Circus New Oxford Streetprzecinając Charing Cross Road i ma swój początek w Chinatown.


środa, 27 maja 2015

[001] Dzień po tej nocy cz.I


Ogłuszająca cisza. To jedyne, co w obecnej chwili wypełnia moją głowę. Podnoszę dłoń by dotknąć twarzy, ale na próżno-nie mam siły, więc znów opadam bezwładnie na poduszki, jęcząc cicho gdy ból w okolicy lewego barku staje się przeszywający i nie pozwala wziąć głębokiego oddechu.
Powoli podnoszę ciężkie powieki starając się zorientować, gdzie jestem. To szpital.
Ściany utrzymane są w bieli, a nad drzwiami naprzeciwko mojego łóżka wisi kopia obrazu Słoneczników Van Gogha.
Skąd to wiem? - myślę, mrugając kilka razy i rozglądając się nerwowo. Po mojej prawej stronie stoi obszerna szafka nocna, na której starannie ułożono kilka bukietów białych róż. Dobiega mnie też dzwięk Your Love is King* sączący się cicho, gdzieś niedaleko. Wiszący na ścianie zegar pokazuje dziewiąta i jest chyba rano, bo delikatne promienie słońca prześlizgują się przez zielonkawe zasłony. Zerkam nieprzytomnie na umiejscowiony w mojej dłoni wenflon, starając się skupić na tym, co tutaj robię.

-Cześć...-wysoki mężczyzna stojący w progu uśmiecha się do mnie, ale stoi jakby niepewny. Ma na sobie błękitną koszulę i szare jeansy a w reku trzyma kubek parującej kawy i zwiniętą niedbale gazetę . Włosy ma w lekkim nieładzie i wygląda na zmęczonego .
-Cześć...-odpowiadam niepewnie, lustrując go wzrokiem, a on zbliża się do mnie z nieśmiałym usmiechem. Jest przystojny i odruchowo lekko się spinam. Przez chwilę oboje nic nie mówimy, a ja wpatruję się w jego zaczerwienione, brązowe oczy.
-Tak się cieszę, że wróciłaś...-szepcze, ściskając moją dłoń. -Bałem się..-mówi, a ja delikatnie odwzajemniam uścisk, kiedy splata palce z moimi. -Jak się czujesz?
Przez chwilę nie jestem w stanie mu odpowiedzieć, bo chociaż mam wrażenie, że nie wiem, kim jest, to wydaje się znajomy, a ja szukam jakiegoś powiązania z jego pobytem tutaj. Z moim pobytem tutaj. Co ja tu robię? Postanawiam sie czegoś dowiedzieć.
-Kim jesteś?. -dukam nieśmiało, obserwując jego reakcję. Spina się na dzwięk wypowiedzianych przeze mnie słów, a jego oczy rozszerzaja sie niebezpiecznie. To chyba go zraniło. Robi mi sie żal tego czlowieka, ale delikatnie cofam swoją obolałą dłoń. -Chciałabym wiedzieć, co się stalo i...-urywami rzucam młodemu mężczyznie przestraszone spojrzenie, a on zdaje się od razu rozumieć.
-Nie pamiętasz, prawda? - szepcze, spuszczając głowę i przeczesując nerwowo swoje ciemne włosy. Chciałabym coś powiedzieć. Czy rzeczywiscie tak jest? Widzę, jak ujmuje moją prawą dłoń i muska kciukiem złotą obrączkę a później umiejscowiony pod nią diamentowy pierścionek. Przenoszę wzrok w miejsce jego dotyku i chyba już wiem, czego mogę się spodziewać...
Wydaje mi się, że ta chwila trwa całą wieczność, bo oboje nie odzywamy się do siebie ani słowem. Nie odpowiada, ściskając tylko mocniej moją dłoń po czym wstaje i mierzy mnie smutnym spojrzeniem szklanych, zaczerwienionych oczu. Chwilę później wychodzi z sali ze spuszczoną głową zamykając cicho drzwi, a ja przyglądam się pierścionkowi. Chyba już wszystko rozumiem, ale ciężko mi przewidzieć, co nastąpi. Zaczynam żałować, że właśnie się obudziłam, bo czuję, że wydarzenia które na mnie czekają postawią mnie przed czymś ...bardzo trudnym do przejścia. Mnie i bruneta z końca sali. Nie chciałam go zranić, ale czuję, że to już się stało i stoi wyrokiem na mnie i moim pięknym, złotym pierścionku...najprawdopodobniej, tak jak sobie to kiedyś postanowiłam, od mężczyzny mojego życia.

Wzdycham i próbuję, tak bardzo próbuję sobie cokolwiek przypomnieć, ale jedyne co widzę, to szpitalna sala, obraz Van Gogha i ta sterta białych róż.

-Co ty tutaj, kurwa mać, robisz?! - krzyknął swoim donośnym głosem wysoki blondyn, łapiąc Jimmy'ego za kołnierz starannie wyprasowanej, błękitnej koszuli. Przyciągając go do siebie sprawił, że stał teraz twarzą w twarz ze swoim znienawidzonym rywalem.
-To samo co ty, dupku. -odparł z udawanym spokojem, wyrywając się z uścisku silnych dłoni Alana. Nagle oboje usłyszeli wymowne westchnięcie, na co odwrócili się w stronę stojącego w poczekalni automatu z napojami. Ich oczom ukazała się drobna sylwetka starszej pielęgniarki, która na widok mężczyzn pokiwała lekceważąco głową, posyłając obojgu mrożące spojrzenie spod czarnych oprawek grubych okularów.
-Panowie, proszę o spokój. Natychmiast. -wyrecytowała, kładąc szczególny nacisk na ostatnie słowo. Przeczesała dłonią swoje starannie ułożone, siwe włosy i podeszła do Alana, stając przed nim pewnie.
-Elizabeth Johnson. - przedstawiła się, ochoczo podając mu swoją małą dłoń. -Pan Alan Evans?
-Tak, to ja. - odparł, odwzajemniając gest, jednak tonem pozbawionym emocji.
-Cieszę się, że pana znalazłam. Proszę o podpisanie tych dokumentów.-zaczęła, wskazując na trzymaną w lewej dłoni teczkę. - Pani Emma Evans...
-To moja żona. Czy wszystko jest w porządku? -przerwał, wyjmując z kieszeni marynarki niebieski długopis.
-Nie do końca, pańska żona jest w dość ciężkim stanie, ale...
-Ona nic nie pamięta. Czy to się zmieni? Dlaczego tak jest? -wtrącił nerwowo Jimmy, kładąc sobie dłoń na karku. Alan zaszczycił go tylko spojrzeniem spode łba po czym wstał i rozejrzał się nerwowo.
-Dlaczego nic mi o tym nie wiadomo?! -krzyknął, -Skąd wiesz, że nic nie pamięta? Dlaczego personel wpuszcza obcych na sale? Tak dbacie o swoich pacjentów? -zwrócił się nagle do zniesmaczonej ich zachowaniem Elizabeth, która westchnęła tylko ponownie, oblizując wąskie, pociągnięte czerwoną szminką wargi.
-Panie Evans, na pewno to sprawdzimy. Ten pan jednak spędził całą noc czuwając na korytarzu a lekarz nadzorujący stwierdził, że przedstawił się jako członek rodziny. -odpowiedziała. -Przede wszystkim proszę się uspokoić. Pańska żona jest jeszcze w szoku i jej pamięć powinna niedługo wrócić do normy. Teraz proszę dać jej odpoczywać a co do pana-powiedziała, kierując się w stronę dopijającego resztki zimnej kawy Jimmy'ego – Pan pozwoli ze mną.
-Elizabeth...-już odrobinę spokojniej, ale wciąż z resztkami wściekłości w głosie zwrócił się do niej Alan -Dziękuję za informację. -zakończył, oddając teczkę z podpisanymi arkuszami papieru.

Było około dziesiątej rano i czuł, jak ogarnia go zmęczenie spowodowane brakiem snu. Bał się o Emmę bo dopiero teraz zrozumiał, że kocha ją ponad wszystko i nie wyobraża sobie życia bez śmiechu tej jak twierdził, upartej kobiety. Nigdy nie czuł strachu o nikogo tak bardzo, jak w tej chwili a do tego ogarniała go wściekłość i bezradność spowodowane Jimmy'm. -Skurwysyn. Pierdolony skurywysyn. -szepnął, wyjmując z kieszeni wibrującą komórkę. Nie miał zamiaru teraz odbierać, więc zignorował połączenie. Nagle stanął przed nim znienawidzony brunet, opierając się nonszalancko o ścianę.
-Nie odpuścisz? -zapytał łagodnym tonem, spoglądając na Alana.
-Spierdalaj. Lepiej zejdz mi z oczu ty popierdolony kutasie. -usłyszał w odpowiedzi, na co uśmiechnął się drwiąco.
-Przecież to za Ciebie wyszła, czego ode mnie chcesz? Zawsze będzie mi na niej zależało i nic nie zmieni tego, co czuję to twojej żony. Wiesz, że byliśmy sobie bliscy. Nie zmienisz tego, to po co z tym walczysz? -nie wytrzymał. W jednej chwili rzucił się na Jimmy'ego, przyciskając go swoim ciałem do szarego szpitalnego gumoleum, a jego pięści znalazły się na twarzy zdezorientowanego bruneta, który szybko oddał cios, celując prosto w policzek Alana. Ten jednak szybko odpłacił się tym samym i przytrzymując mocno brodę przeciwnika, wbił kolano w jego krocze.
-Albo się, kurwa, odpierdolisz w końcu po dobroci, albo będziesz miał tak przejebane, że się już nie pozbierasz. Wiesz, że ze mną się nie zadziera. Kto od teraz rządzi Twoim biznesem? -zaśmiał się nerwowo, wyjmując z kieszeni iPhone'a i wskazał na ostatnie nieodebrane połączenie. Nie wygrasz. -skwitował, po czym splunął i otarł spływającą z nosa krew.


*Your Love is King - Sade